Współczuję pani Falandysz

Czy ja jestem za tym, żeby mąż lał żonę, żeby była cała fioletowa? Nie, (ale) jeżeli (żona) powie coś upokarzającego, jeżeli by dostała delikatnie w twarz, bardzo mi przykro, ale być może by się należało

– kto i kiedy wygłosił te słowa? Jakiś przesiąknięty nienawiścią do kobiet mężczyzna w czasach średniowiecznego mizoginizmu? A może słynący z podobnych wypowiedzi Janusz Korwin-Mikke?

Nie. Powyższe słowa zostały wypowiedziane kilka dni temu w programie Miasto kobiet przez Barbarę Falandysz – wykształconą kobietę, prawniczkę. Rzadko się zdarza, by kobieta pochwalała przemoc wobec kobiet, ale trzeba przyznać, że pani Falandysz jest zwolenniczką przemocy nie tylko wobec przedstawicielek własnej płci.

Wielokrotnie publicznie pochwalała – co warte podkreślenia, z pozycji nie tylko doświadczonej matki, ale też osoby z wykształceniem prawniczym – przemoc wobec dzieci. Na przykład w 2008 roku w programie Magazyn 24 godziny wyraziła przekonanie, że „od czasu do czasu klaps się należy”, a cztery lata później w Pytaniu na śniadanie – że „klaps kończy problem”.

Producenci programu Miasto kobiet wiedzieli więc, jakich wypowiedzi spodziewać się po zaproszonym gościu. Dotychczas jednak pani Falandysz wyrażała aprobatę głównie dla klapsów – czyli bicia dzieci ręką. Tym razem bez skrępowania przyznała, że sama biła swoje dzieci również… kablem: „Ja miałam ten kabel w ręku i w tym momencie dostała przez plecy. Tak się do mnie nie mówi!”

Swoją drogą, ciekawe jest porównywanie jej wypowiedzi na ten temat, wygłaszanych w różnych programach telewizyjnych. Tak bardzo chciałaby usprawiedliwić przemoc, której sama doznawała i którą stosowała wobec własnych dzieci, że bez zastanowienia i pamięci o tym, co mówiła wcześniej, wygłasza sprzeczne opinie, które łączy tylko jedno: pochwała dla bicia, całkowity brak refleksji nad jego skutkami i pełne wyparcie własnej krzywdy.

W 2002 roku w programie Polaków portret własny powiedziała, że nie lubi klapsów, bo kojarzą się jej z czymś niekontrolowanym i odruchowym i przypominają wymierzenie policzka dorosłemu. W przeciwieństwie do klapsa lanie jest w jej opinii

fajniejsze, dlatego że się mówi: „jeszcze raz to czy tamto i dostaniesz lanie”. Ono może być tak naprawdę o wymiarze klapsa, bo to nie chodzi o tortury, tylko jest to jakoś tam kontrolowane, zamierzone, oczekiwane i jakieś w porządku, a klaps nie.

Trzynaście lat temu wyrażała więc aprobatę dla tak zwanego „bicia na zimno” – przemyślanego, zapowiedzianego, wymierzanego po ostrzeżeniu dziecka o „konsekwencjach” nieprawidłowego zachowania. Później chwaliła klapsy, a ostatnio – wyrażając aprobatę dla odruchowego bicia kablem (a w domyśle: czymkolwiek, co ma się akurat w ręku), do swoich „argumentów” dodała przekonanie, że nie tylko dzieci „zasługują” na przemoc, ale kobietom też „być może by się należało”. Nie tylko zresztą kobietom.

Wypowiedź o kablu uzupełniła bowiem słowami: „I dorosły, gdyby się do mnie tak odezwał, dostałby po pysku. Ja mam taki temperament i ja sobie na to nie pozwolę”, tym samym ponownie pochwalając czynność, którą kilkanaście lat temu potępiała – policzek wymierzony dorosłemu.


Źródło: Codziennik feministyczny

Przytaczam i analizuję poglądy pani Falandysz nie po to, by je skrytykować (choć oczywiście nie zgadzam się z żadnym jej słowem na ten temat, co zresztą trzy lata temu miałam okazję powiedzieć w linkowanym powyżej odcinku Pytania na śniadanie), lub zaapelować do stacji telewizyjnych, by nie zapraszały jej – ani żadnych innych propagatorów bicia – do programów poświęconych przemocy wobec kogokolwiek (choć zgadzam się z redakcją Codziennika feministycznego, która wystosowała taki apel do twórców Miasta kobiet).

Robię to, by pokazać, że właśnie takie są skutki bicia dzieci. Barbara Falandysz nie jest godną potępienia propagatorką bicia dzieci ręką w pupę i kablem w plecy, „delikatnego” bicia kobiet w twarz, a wszystkich dorosłych bez względu na płeć – „w pysk”. To, co mówi dorosła, wykształcona Barbara, wynika z tego, czego doświadczyła wiele lat wcześniej mała Basia:

Pasem mnie bito, […] ale to było w pewnej oprawie, było rozróżnienie na gołą czy przez ubranie, i w pewnym momencie została wprowadzona do tego drewniana łyżka do napojów, która na końcu była płaska. I ona była taka „plaszcząca” i skuteczna w tym sensie, że było to nowe narzędzie, więc to mnie tak zaniepokoiło. Ale pamiętam to, z tym, że nie pamiętam tego ze złością, tylko z rozbawieniem.

– tak w programie Polaków portret własny pani Falandysz wspominała swoje dzieciństwo. „Z rozbawieniem”, jak wiele osób, które w dzieciństwie doświadczyły przemocy, a następnie wyparły swoją krzywdę i uznały, że „zasłużyły” na bicie i poniżanie. „Nie ze złością”, bo złość i żal zostały wyparte – z dwóch powodów. Po pierwsze, po to, by nie cierpieć (nikt nie chce cierpieć, wspominając własne, pełne bólu i upokorzenia, doświadczenia, więc najprostszą, najskuteczniejszą i najpowszechniejszą metodą na pozorne „uporanie się” z nimi jest wyparcie i zaprzeczenie, że doznawało się krzywdzenia). Po drugie, po to, by zachować obraz dobrych, kochających, troskliwych rodziców (każde dziecko potrzebuje takiego obrazu, a ponieważ bicie i upokarzanie zamazuje go – bo przecież przemoc nie ma nic wspólnego z miłością – trzeba wyprzeć własną krzywdę i uznać, że wszystko, co robili rodzice, było dobre).

Mała Basia/dorosła Barbara musiała zresztą wyprzeć nie tylko bicie pasem i drewnianą łyżką przez ubranie i na gołe ciało, ale też inne upokarzające, krzywdzące doświadczenia, takie jak to, o którym mówiła trzynaście lat temu:

Pamiętam taką dużą awanturę, kiedy obraziłam się na mojego tatę, bo odmówiłam obiadu, następnie po przesiedzeniu jakiegoś czasu w pokoju oświadczyłam, że w tym domu mnie się głodzi. Więc tata już się tak zdenerwował, że mnie złapał za włosy i wsadził twarz do tego kurczaka, który był dla mnie przeznaczony i był w brytfance, pływał w sosie. Czym mnie tak obraził, że się poszłam umyć, ale niestety cały czas pachniałam przyprawami, tłuszczem, czosnkiem i tym wszystkim, co było w sosie (bo to był pyszny sos), więc wylałam na siebie całą butelkę „Old Spice” mojego taty, który był wtedy dobrem dewizowym […]. Za to już dostałam fizycznie na tylną część ciała. I nadal uważam, że słusznie, bo być może należało mnie wtedy uśpić albo coś w tym rodzaju.

Współczuję pani Falandysz, której nie należało wówczas uśpić nie tylko „być może”, ale – na pewno. Na pewno też nie należało wówczas wkładać jej twarzy do brytfanki ani bić w żadną część ciała. Basia miała prawo nie chcieć obiadu (bez względu na to, jak bardzo był pyszny), bo dziecko nie musi być głodne akurat wtedy, gdy życzą sobie tego jego rodzice. Miała prawo obrazić się i oświadczyć, że się ją głodzi, bo dziecko nie umie jeszcze wyrażać swoich emocji w akceptowalny społecznie sposób i to rolą rodziców jest nauczenie tego, głównie poprzez własny przykład. Niestety ojciec Basi – który zapewne sam w dzieciństwie był bity – dał jej najgorszy z możliwych wzór „radzenia sobie” z emocjami: wyżywanie się na słabszych, a dorosła, wykształcona Barbara dorabia ideologię do własnej nieumiejętności radzenia sobie ze złością i frustracją.

Pani Falandysz uderzyła swoje dziecko kablem nie dlatego, że chciała nauczyć je odpowiedniego zwracania się do osób dorosłych, lecz dlatego, że taki (anty)wzór postępowania został jej wdrukowany przez rodziców, a ona nie miała odwagi lub siły, by zmierzyć się z doświadczoną w dzieciństwie krzywdą. Gdyby podjęła próbę przypomnienia sobie, co naprawdę czuła jako dziecko, gdy była bita, gdy ojciec wkładał jej twarz do tłustej brytfanki, gdy najbliższe osoby upokarzały ją i krzywdziły, nie wygłaszałaby poglądów takich jak cytowane powyżej.

Współczuję pani Falandysz i wszystkim dorosłym, którzy nie potrafią uporać się z własną przeszłością, i krzywdzą swoje dzieci tak, jak sami byli krzywdzeni.

FacebookTwitterGoogle+BlipWykopEmailPrint

2 responses

  1. Mnie również wzburzył ten odcinek. Z wielkim zainteresowaniem przeczytałam Pani analizę.

    Cóż, Barbary Falandysz już skóra nie piecze, łzy jej wyschły i nie umiera ze strachu skulona pod stołem, więc łatwo jej mówić o klapsach. Sama już żadnego klapsa nie dostanie. Poparcie dla klapsów pojawia się u ludzi zwykle wtedy, kiedy mogą być już tymi „bijącymi”, nie „bitymi”. Moja siostra mniej więcej do piętnastego roku życia była okrutnie prana przez matkę. Potem przeszła na stronę „bijących” i karała klapsami nas, czyli młodsze dzieci. Nagle z dziewczynki, która siedziała zapłakana, trzęsła się ze strachu i krzyczała, że nienawidzi matki, stała się tą „wdzięczną za klapsy” i uważającą, że „dupa nie szklanka”. Może u tych ludzi pojawia się jakaś forma radości, że teraz to oni mają władzę?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *