Tragiczne skutki

– Jakie metody wychowawcze oskarżona stosowała?

– Tylko lanie pomagało. Najpierw mu tłumaczyłam, ale bez skutku. Więc brałam pas i dostawał lanie. Jak jeszcze nie zrobił tego, co trzeba było – dostawał porządne lanie. Dotąd go biłam…

– Czym go oskarżona biła?

– Pasem. Przed biciem sam się musiał położyć, zdjąć majteczki, leżeć spokojnie. Na ogół biłam w pupę. Jak się ruszył, mógł dostać w plecy, w rękę albo po udach. Nigdy nie próbował uciekać, krzyczeć.

– Czemu zachowywał się w nietypowy dla dziecka sposób? – chce usłyszeć pani sędzia, choć wie z akt śledczych, że Danielowi krzyczeć i płakać nie było wolno, bo wówczas razy liczono od nowa, za najmniejszy krzyk bicie zaczynało się od początku.

– Bicie było karą, musiał umieć je przyjąć. Był bity do skutku.

(Barbara Seidler, Metody wychowawcze, „Życie Literackie” 1982, nr 7)

Sześcioletni Daniel Litwiniuk, którego śmierć wstrząsnęła niedawno naszym społeczeństwem, 30 lat temu nie został „po prostu zakatowany” – jego śmierć była tragicznym „skutkiem” kary cielesnej wymierzanej w sposób zalecany również przez autorów książek zawierających instrukcje bicia dzieci.

I choć Daniel umarł na długo przed udostępnieniem polskim czytelnikom tych poradników, jego tragedia powinna skłonić wydawców do refleksji, podobnie jak śmierć trojga innych dzieci, zmarłych w wyniku stosowania porad autorów książki Jak trenować dziecko?:

• Sean Paddock, 4 lata

• Lydia Schatz, 7 lat

• Hana Williams, 13 lat

Poradnika zawierającego rady, które przyczyniły się do śmierci tych dzieci, nie ma już w polskich księgarniach. Wciąż jednak w naszym kraju dostępne są książki autorów zalecających dokładnie to, co spotkało Daniela.

Bicie do złamania woli, za nieodpowiedni płacz, „do skutku”.

Daniel Litwiniuk, 6 lat

Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała aktualizować tego wpisu, dodając zdjęcia kolejnych dzieci, które zmarły w wyniku nie bestialskiego pobicia, lecz… kary cielesnej, wymierzanej przez religijnych opiekunów w dobrej wierze i w celach wychowawczych.

Czy wydawcy mogą jednak zapewnić, że żadne polskie dziecko nie podzieli losu Daniela, po tym, jak rodzice, przeczytawszy poradnik Smalleya albo Dobsona, będą bić je do złamania woli albo za nieodpowiedni płacz, „do skutku”?

A jeśli za jakiś czas opinią publiczną znów wstrząśnie taka tragedia, tym razem współczesna, to kto będzie za nią odpowiedzialny? Wyłącznie rodzice dzieci o silnej woli, którzy dosłownie odczytają na przykład takie porady:

Sprawiaj lanie aż do złamania woli

Bardzo ważne jest, byśmy nie sprawiali dzieciom lania w gniewie lub zdenerwowaniu, nawet jeśli oznacza to odejście na kilka minut, by ochłonąć. Musimy poświęcić trochę czasu, by okazać dzieciom miłość, ale musimy też dawać do zrozumienia, że lanie będzie trwało dotąd, aż zrozumieją, że nie żartujemy.

(Gary Smalley, Klucz do serca twojego dziecka, wyd. Pojednanie, Lublin 2006)

albo

Jak długo, według pana, można pozwolić dziecku płakać po tym, jak zostanie ukarane lub dostanie lanie? Czy istnieje tu jakaś granica?

Owszem, przynajmniej ja tak sądzę. Dopóki wraz ze łzami uwalniają się prawdziwe emocje, pozwólmy im płynąć. Płacz jednak dość szybko zmienia charakter. To, co było wyrazem wewnętrznego bólu, staje się po chwili bronią, narzędziem protestu, mającym na celu ukaranie przeciwnika. Szczery płacz trwa zwykle około dwóch minut, choć zdarza się, że i pięć. Po tym czasie dziecko już tylko użala się nad sobą. Zmianę tę łatwo rozpoznać po tonie i nasileniu głosu. Ja zwykle w takich sytuacjach żądałem od syna, żeby przestał, proponując mu w przeciwnym razie jeszcze odrobinę tego, co go skłoniło do płaczu.

(James Dobson, Dzieci i wychowanie. Pytania i odpowiedzi, wyd. Vocatio, Warszawa 2000)

czy może również wydawcy proponujący polskim czytelnikom poradniki z zaleceniami, których wypełnianie może doprowadzić do tragedii?

Czy wydawcy tych książek chcą być co najmniej współodpowiedzialni nie tylko za cierpienie dzieci bitych pasami, rózgami, kijami i drewnianymi łyżkami, ale również – za ich tragiczną, przedwczesną, pełną bólu śmierć?

Być może „przesadzam” – zdaję sobie sprawę, że ryzyko jest niewielkie. Czy jednak warto je podejmować?

Dawniej takie tragedie nie były niczym nadzwyczajnym. Dziś jednak możemy nie tylko je przewidywać, ale też – zapobiegać im, namawiając rodziców do rezygnacji z kar cielesnych (zamiast zachęcać do ich stosowania!) i pokazując, jak wychować dziecko bez bicia (można przecież wydawać, zamiast instrukcji bicia dzieci w imię Boga, poradniki chrześcijańskiej delikatnej dyscypliny).

Proszę spojrzeć na te dzieci. Co musiały zrobić, by „zasłużyć” nawet nie na długie, okrutne, tragiczne w skutkach bicie, ale choćby na jedno uderzenie? Jak można myśleć, że dziecko „zasługuje” na jakiekolwiek bicie? Jak rodzic czy opiekun może podnosic rękę na bezbronną, ufną, całkowicie od niego zależną istotę, którą powinien chronić?

Spójrzcie na te dzieci, a później na własne dzieci i zapamiętajcie, że

żadne dziecko nie zasługuje na bicie!

FacebookTwitterGoogle+BlipWykopEmailPrint

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *