Show „Mali giganci” ma boleć

Krytykom mówię – nie martwcie się. Te dzieciaki robią to, co kochają. A że czasem zaboli? Ma boleć. Jak już dorosną to będą kompletnie uodpornieni. Taka szczepionka dla artystów.

– napisał na swoim blogu Piotr Rubik, występujący w programie Mali giganci jako opiekun jednej z drużyn. Nie sądzę, by zmartwienie któregokolwiek z na szczęście licznych krytyków tego programu zmniejszyło się po przeczytaniu powyższych słów i całego tekstu Rubika. Moje na pewno jeszcze się zwiększyło.

Po pierwsze, nie jest prawdą, że wszyscy uczestnicy Małych gigantów robią to, co kochają. Najmłodsza członkini drużyny Rubika powiedziała w programie Dzień dobry TVN, że najbardziej lubi rysować, ale w talent show tego nie robiła, tylko śpiewała i tańczyła.

Po drugie, artyści wcale nie muszą być od maleńkości uodporniani na porażki (w dodatku w tak drastycznej jak w tym show formie). Jeśli ta dziewczynka zostanie w przyszłości malarką, doświadczenia z brutalnego świata show-biznesu nie będą jej do niczego potrzebne (no, może poza pamięcią o tym, by trzymać się od tego świata jak najdalej). Zresztą nie wszyscy uczestnicy tego programu to „mali artyści” – bezwzględni producenci dla większego urozmaicenia zaprosili do pierwszego odcinka chłopca o zdolnościach matematycznych, choć wiedzieli, że przegra (matematyka jest przecież za mało widowiskowa).

Po trzecie, program Mali giganci może uodparniać nie tyle na porażki, ile na sprawiedliwość i sens rozwijania talentów. Dzieci występujące w nim uczą się, że nie ma znaczenia, jak wielki mają talent ani jak ciężko pracują nad rozwijaniem go, i że nie liczą się żadne zasady, bo zwycięstwo lub porażka zależy od widzimisię członków jury przyznających punkty nie na podstawie jakichkolwiek kryteriów, lecz wyłącznie subiektywnej, bynajmniej nie eksperckiej opinii, wyrażonej w emocjonalny (zwiększający widowiskowość programu), niezrozumiały dla dzieci (za to zabawny dla dorosłych widzów) sposób.

Rubik zapewnia, że „zasady programu są jasno wytyczone”, co również nie jest niestety prawdą. Pomijając zupełny brak kryteriów oceny uczestników przez jury, nawet te „zasady”, które zostały sformułowane, nie są „jasno wytyczone”. Przeciwnie: tu również jurorzy łamią je, gdy tylko mają na to ochotę.

Przykładem jest choćby skład drużyn, również tej, którą opiekuje się Rubik. Według „zasad”, opublikowanych na stronie programu, w każdej drużynie

znajdzie się jeden uzdolniony wokalista, para taneczna oraz jeden showman – czyli przebojowe dziecko potrafiące przegadać Kubę Wojewódzkiego i mówić lepsze żarty od Filipa Chajzera.

W niektórych drużynach są jednak nie pary, lecz pojedynczy tancerze, a w drużynie Rubika – dwoje „przebojowych dzieci”. Zgodnie z teoretycznymi zasadami programu jury musiało na wstępie „wyeliminować” połowę uczestników wybranych wcześniej, podczas castingów, przez opiekunów sześciu grup – w drużynie kompozytora pozostawiono jednak oboje najmłodszych dzieci. Czy z punktu widzenia pięciorga malców oraz kilkunastu starszych, niewątpliwie utalentowanych piosenkarzy i tancerzy z innych grup, którzy musieli wówczas pożegnać się z programem, to sprawiedliwe? To są te „jasno wytyczone zasady”?

A może to „zasady” show-biznesu, w którym liczy się nie talent, lecz przebojowość, bezwzględność i/lub szczęście?

 

FacebookTwitterGoogle+BlipWykopEmailPrint

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *