Prawdziwy talent rozwija się sam

Gdy byłam dzieckiem, mniej więcej do połowy podstawówki, nie interesowałam się rysowaniem ani właściwie żadną czynnością wymagającą spokojnego siedzenia – wolałam łazić po drzewach i bić się z chłopakami (sic!). Zdarzało mi się wprawdzie, oczywiście, stworzenie jakiejś laurki dla mamy, ale mój kontakt z przyborami do rysowania ograniczał się raczej do obrywania papierowych owijek z kredek Bambino. Dziś trudno mi powiedzieć, co fajnego widziałam w tej „zabawie”, ale kiedyś bardzo to lubiłam.

Moja córka natomiast – od urodzenia będąca przeciwieństwem mnie w jej wieku (i oby tak pozostało do końca jej dzieciństwa :D) – rysuje, odkąd nauczyła się trzymać w ręku kredkę. Gdy miała 1,5 roku, narysowała taką oto postać:

rysunek

w co do dzisiaj trudno mi uwierzyć. Od tego czasu minęła ponad dekada, a mnie nadal zdarza się nie dowierzać własnym oczom, gdy patrzę na rysunki i obrazy mojej córki. Może powinnam zgłosić ją do programu Mali giganci* albo konkursu Mała Miss Polski* (w którym, jak zapewniali organizatorzy, wbrew nazwie liczył się talent, a nie wygląd), ale wolałam wspierać rozwój jej zdolności, nie ingerując w niego, niczego na siłę nie przyspieszając, do niczego nie zmuszając ani nawet nie namawiając.

W wieku 7 lat moja córka zaczęła chodzić na lekcje rysunku, ale bardzo szybko zrezygnowała. Mogłam wówczas – jak tylu innych rodziców pragnących rozwijać talenty swoich dzieci – prośbą, groźbą lub manipulacją „przekonać” ją do zmiany zdania, ale tego nie zrobiłam. Według mnie zmuszanie dzieci do robienia czegoś wbrew ich woli (i to nie tylko przemocą, ale też bardziej subtelnymi metodami motywowania zewnętrznego) może je tylko jeszcze bardziej zniechęcić. Oczywiście w mojej głowie pojawiła się wtedy myśl o „marnowaniu talentu”, ale szybko odegnałam ją od siebie i postanowiłam – dziś wiem, że bardzo słusznie – zaufać córce i dać jej wolną rękę. To w końcu jej zdolności, nie moje.

O tym, że decyzja była słuszna, przekonywałam się każdego dnia, gdy patrzyłam na kolejne, coraz lepsze rysunki mojej córki, a parę lat później – gdy poinformowała mnie, że zapisała się na te same zajęcia, z których wcześniej zrezygnowała, i że je uwielbia. Cały mój „udział” w rozwijaniu jej talentu ogranicza się więc właściwie do umożliwiania jej robienia tego, co chce, i dostarczania jej artykułów plastycznych, których teraz, dzięki mojej współpracy z firmą „St. Majewski”, producentem marki Bambino, ma jeszcze więcej.

Dzisiaj bowiem ta działająca od 125 lat (!) firma produkuje pod marką Bambino nie tylko kredki gliniane, z których jako dziecko obrywałam papierowe owijki, ale też mnóstwo innych artykułów plastycznych i papierniczych – między innymi różne rodzaje kredek, farb, pędzli, klejów, teczek i bloków rysunkowych, a także plasteliny, ołówki do nauki pisania, wieczne pióra, papiery kolorowe, nożyczki, pastele, uff! Słowem: wszystko, czego może potrzebować nie tylko małe dziecko do rysowania, malowania i pisania, w tym takie cuda – jak na przykład złote i srebrne farby i kredki czy farby i plasteliny z brokatem – o jakich „za moich czasów” nikt nawet nie marzył.

* Żart. Moja opinia o talent show Mali giganci i „konkursie fotografii, talentów i osobowości” Mała Miss Polski jest bardzo daleka od pochlebnej i musiałabym stracić rozum, by wysłać tam swoją córkę, która zresztą, na szczęście, podziela moje zdanie o takich przedsięwzięciach i zapewne zadzwoniłaby po pogotowie, gdybym zaproponowała jej udział w czymś takim.

FacebookTwitterGoogle+BlipWykopEmailPrint

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *