Dziwne kary

Z książki pt. Historia wychowania pod red. Ł. Kurdybachy można dowiedzieć się o karach, które z dzisiejszej perspektywy mogą wydawać się bardzo dziwne lub okrutne (np. praktykowane w starożytnym Egipcie zamykanie uczniów w świątyni na kilka miesięcy czy stosowane w starożytnych Chinach kary polegające na piciu atramentu, klęczeniu na ostrych kamieniach, pod którymi żarzyły się kadzidła, albo uczeniu się na pamięć dłuższych tekstów). Jeszcze dziwniejsze bywają jednak współczesne kary, na przykład te, których stosowanie jest promowane w programie Surowi rodzice.

W jednym z odcinków nastolatka musiała za karę wypić szklankę mleka i zjeść kisiel z owsa. W innym niechętni ćwiczeniom fizycznym nastolatkowie byli karani robieniem przysiadów, w kolejnym – robieniem pompek. Jedna z nastolatek biorących udział w tym programie została za karę zamknięta w ciemnej piwnicy. W wielu odcinkach młodzi bohaterowie są zostawiani na dworze, nierzadko bez odpowiedniej odzieży, również zimą, w czasie mrozów (co ewidentnie stanowi zaniedbanie, tak samo jak stosowane w innych odcinkach pozbawianie nastolatków pożywienia, również w ramach kary).

Jaki sens mają wszystkie te kary? Czego może nauczyć się człowiek zmuszany do picia mleka (które zresztą lubi i śmieje się z takiej „kary”) albo jedzenia ohydnego kisielu? Czy nastolatek, który za karę musi wykonywać nielubiane ćwiczenia, odkryje w sobie dzięki temu chęć do sportu i aktywności fizycznej? Co, poza buntem, mogą poczuć młodzi ludzie zostawiani na zimnie czy wręcz mrozie na czas określony przez „surowych rodziców” albo pozbawiani przez nich możliwości spożywania posiłków czy zamykani w piwnicy?

Niemal na całym świecie (na szczęście nie wszędzie) panuje przekonanie, że kary – nawet tak dziwne, zupełnie bezsensowne i śmieszne również dla karanych, jak te wymienione powyżej – pomagają w odróżnianiu dobra od zła i sprawiają, że karana osoba nie popełnia więcej uczynków, za które została ukarana. Czy rzeczywiście? Niestety, nie.

Andrzej Blikle przekonuje w dostępnej online książce Doktryna jakości (której rozdział pt. Przemoc polecam z całego serca wszystkim, zwłaszcza rodzicom), że za pomocą kar i stanowiących ich uzupełnienie nagród „można prawie każdego zmusić do prawie wszystkiego, z wyjątkiem jednego – by cokolwiek polubił”. Absurdem jest więc sytuacja, w której opiekunowie pragnący wzbudzić w nastolatkach zapał do aktywności fizycznej, karzą ich ćwiczeniami…

Jeśli chcemy wzbudzić w dziecku chęć do czegokolwiek (sportu, moralnego postępowania, sprzątania, nauki etc.), nie możemy robić tego za pomocą kar i nagród. O ile bowiem kara może być chwilowo „skuteczna”, tzn. może zmienić zachowanie dziecka, o tyle na jego postawę nie wpływa tak, jak życzyliby sobie rodzice, ale wręcz przeciwnie: nie zniechęca do popełniania zabronionych czynów, lecz sprawia, że są one jeszcze bardziej atrakcyjne. Uczy tylko tego, jak unikać kary. W praktyce więc (znanej z własnego doświadczenia większości dorosłych) kara uczy cwaniactwa i kłamstwa. Dziecko nie wykonuje czynności, za które może być ukarane, nie dlatego, że jest przekonane, że są niewłaściwe, lecz ze strachu przed karą, i to wyłącznie w chwilach, gdy może być przyłapane i poddane karze.

Podobnie „skuteczna” jest nagroda – jedyne, do czego motywuje, to… staranie się o nagrodę. I też zmienia zachowanie dziecka, sprawiając, że nagradzane czynności bywają wykonywane szybciej i sprawniej, ale tylko pozornie „chętniej”. Nawet najbardziej atrakcyjna nagroda nie sprawi, że dziecko polubi to, do czego jest zachęcane za jej pomocą. I znów: wręcz przeciwnie. Jeśli rodzic obiecuje dziecku nagrodę za wykonanie jakiejś czynności, wzbudza w nim przekonanie, że czynność ta sama w sobie nie jest atrakcyjna, więc warto ją wykonywać wyłącznie dla nagrody (czyli np. nie warto sprzątać, by był porządek, lecz po to, by mieć z tego jakąś dodatkową, zewnętrzną korzyść w postaci nagrody).

Dlaczego więc tak często stosuje się kary i nagrody (nie tylko w wychowywaniu dzieci)? Bo karanie i nagradzanie jest – jak pisze Blikle – „łatwe, nie wymaga żadnej wiedzy oraz uwalnia od konieczności analizowania przyczyn. Pozwala też na szybkie osiągnięcie prostych celów”.

Czy jednak celem wychowywania jest wzbudzenie chwilowego, opartego na strachu przed karą i chęci zdobycia nagrody, posłuszeństwa? Może lepiej zastanowić się, z czego wynikają niepożądane zachowania dziecka, i zamiast karać  spróbować rozwiązać problem będący przyczyną „niegrzeczności” (być może np. dziecko, zachowując się w nieakceptowany sposób, sygnalizuje, że potrzebuje więcej uwagi i bliskości)? Może obietnice nagrody warto zastąpić rodzicielskim dobrym przykładem (byciem takim człowiekiem, na jakiego chcemy wychować dziecko), bezwarunkową (niezależną od zachowania) miłością i zainteresowaniem oraz pamięcią o tym, że dziecko chce współpracować, bo rodzi się z potrzebą współpracy, akceptacji i stanowienia części rodziny?

FacebookTwitterGoogle+BlipWykopEmailPrint

11 responses

  1. Trochę ten tekst niekompletny. Jeśli nie nagrody/kary, to co? Skoro rodzice tak bardzo idą na łatwiznę stosując nagrody i/lub kary i nie chce im się „spróbować rozwiązać problemu będącego przyczyną „niegrzeczności” ” to może wszystkich przyszłych rodziców należy wysłać na refundowane studia psychologii aby byli świadomi głęboko ukrytych pragnień małego człowieka? Autorka chyba sugeruje, że nie każdy rodzic kocha swoje dziecko bezwarunkowo. Jak umyje grzecznie rączki to dostanie buzi, a jak nie – to do piwnicy.
    Uważam, że kary i nagrody mają sens. Nawet jeśli dziecko początkowo postępuje zgodnie z oczekiwaniami rodziców bo stara się o nagrodę, to z czasem (u dzieci jest to czas znacznie krótszy niż u nas, ‚dojrzałych’) to zachowanie staje się normalnością, wchodzi w nawyk, zostaje zrozumiane i zaakceptowane przez dziecko. Oczywiście, jak we wszystkim, nie należy zmierzać ku ekstremom sytuacji i nie dawać balonika za każde ‚dzień dobry’ czy ‚dziękuję’.
    Kocham swoje dzieci bezwarunkowo i jednakowo mocno. Czytam książki i publikacje o dzieciach i ich rozwoju, nie jestem jednak zawodowym psychologiem ani jasnowidzem. Nagradzam dzieci lub pozbawiam nagrody. Tak postępując wierzę, że robię najlepiej jak potrafię – tak jak każdy rodzic. Są kary niedobre (zamykanie w ciemnym pomieszczeniu – szczególnie przy małych dzieciach niedopuszczalne – bo to znęcanie, jak ktoś powyżej zauważył). Ale w jakiś sposób trzeba dziecku dać znać co jest dobre a co złe. Czy wesoła buźka, naklejka, wspólne kucharzenie albo i nawet – a niech tam! – nadprogramowa bajka w tv to coś naprawdę aż tak zdrożnego??

    • A w jaki sposób, bez kar i nagród, wpoiłaś dzieciom ‚dziękuję’, ‚proszę’ itd. Nie pytam złośliwie, tylko szukam alternatyw dla kar. Coś w tym jest, że przykład rodziców jest najważniejszy. Jeśli będziemy pająki dzieciom wartości, w które sami nie wierzymy i zachowania, których sami nie prezentujemy, to żadna kara ani nagroda nie pomoże. Kar w końcu przestaną się bać, a nagrody staną się nieatrakcyjne.

      • Dokladnie mój synek „dziekuje”, „dzien dobry” chyba przejął „po mnie ” ze tak powiem. Zauważył ze robię to w sklepie czy na ulicy czy do sasiadow i teraz widzi z daleka kogos znajomego doroslego i sam mowi:) a jesli chodzi o kary i nagrody, to ma to sens ale trzeba tez wytlumaczyc dziecku przy okazji czemu dostal kare i jak powinien sie zachowac zeby nie dostac jej znow.

      • To co pisałem u siebie i to czego się najbardziej boje. Własnej postawy. Jeżeli ja mówię „Dzień dobry”, jeżeli nie przeklinam, jeżeli sprzątam, itd. i robię to z dzieckiem, to nie potrzeba kar i nagród, bo po prostu dla dziecka i dla nas, jest to naturalne.

  2. Całe Nasze życie opiera się na zasadach „kara i nagroda”. Nie rozumiem dlaczego nie można dzieci uczyć konsekwencji swoich zachowań. System „kara i nagroda” to według mnie nauka i przygotowanie do życia w grupie rówieśniczej, szkole, społeczeństwie, pracy a przede wszystkim rodzinie. Złe zachowanie ciągnie za sobą złe konsekwencje a dobre pozytywne. Jak w życiu. Dziecko uczy się celowości. Zrobić coś aby osiągnąć cel. Czy nie na tym polega Nasze życie?
    Wymienione w tekście kary są dla mnie absurdalne.

    • Zapewne pracujesz, podaj proszę mi przykłady „nagrody” i „kary”, jakimi obdarował Cię szef w ostatnim czasie? Konsekwencje czynu i kara są ze sobą związane. Można uczyć konsekwencji nie karząc. Można, tylko po co. Skoro kij i marchewka nie wymaga wysiłku.

  3. Karą jest również pozbawienie nagrody i przyjemności. Nie zgadzam się z autorką, być może dlatego, że ukończyłam studia pedagogiczne, a ogromna część przedmiotów zahaczała właśnie o kary. Kiedy nasze dziecko po kilkukrotnym zwróceniu uwagi i wielu prośbach nadal próbowało naszą wytrzymałość dostało całodniowy zakaz bawienia się z małym kotkiem, który właśnie pojawił się w domu. I co? Poskutkowało-dziecko zapamiętało. Ale przede wszystkim fakt, że dotrzymujemy słowa i nie robimy jak dziadkowie ( może robić co chce, a dyscyplinowanie jest czysto umowne). A, że dziecko uwielbia małe kotki, to była to dla niej dotkliwa kara. Zachowanie już się więcej nie powtórzyło.

    • Popatrz na współczesne szkoły, i na to co w nich nie gra, i co się z tym robi: jakikolwiek problem się pojawia, próbuje się go rozwiązywać za pomocą kar, stosowanych w miarę możliwości surowo a niekonsekwentnie. To jest ten kłopot z karami, że najmniejsza niekonsekwencja odpala rykoszetem, bo uniknięcie kary jest bardzo silną i bardzo demoralizującą nagrodą. Każdy, kto kiedyś jechał bez biletu a zdołał uciec przed kontrolerem, wie o co mi chodzi ;) Nie jest technicznie możliwe być stuprocentowo konsekwentnym, np. nie jest możliwe by „kanar” złapał wszystkich gapowiczów, więc w większej grupie kontrolowanej za pomocą kar będzie to demoralizować pewien odsetek. Jeśli szkoła ma przestać demoralizować i pogarszać sytuację słabych/niegrzecznych uczniów, powinna być właśnie mniej oparta na karach.
      Przeciwnie jest o dziwo z nagrodami, tzn. pewna niekonsekwencja w ich stosowaniu przynosi pożytek: osoba, która nagrody nie otrzymała (zwłaszcza małe dziecko lub zwierzę) następnym razem postara się BARDZIEJ, w nadziei że tym razem mu się uda. Jeśli tym razem zdobędzie nagrodę, nie straci motywacji, tylko będzie bardziej się starać w danej rzeczy. Przypadkowe niekonsekwencje w dziedzinie nagradzania nie powodują szkód.
      Mimo to system nagród i kar lepiej działa w przypadku szczurów w laboratorium, niż choćby psa w domu – że o dziecku nie wspomnę. W przypadku trzydzieściorga dzieci w rzeczywistości są takie które byłyby grzeczne tak czy inaczej, i takie, które nieustannie są karane i coraz bardziej przez te kar demoralizowane. Uważam że rzeczywiście nie da się wychować nikogo bez kar i nagród, ale ludzie są zbyt chętni do hojnego rozdzielania kar, co przy wszystkich związanych z nimi „skutkach ubocznych” jest bardzo niedobre.
      Ja wspominam dzieciństwo jako niekończący się ciąg kar. Możliwe (pewne!) że byłam trudnym w obsłudze dzieckiem, ale czy to znaczy, że zasłużyłam na to, by wspominać dzieciństwo właśnie jako ciąg przykrości? Poczytajcie o wyuczonej bezradności: to stan, w którym osobnik przestaje próbować uniknąć kary, bo wydaje mu się, że będzie ukarany niezależnie od tego, co zrobi. Wyuczona bezradność jest traktowana jako model depresji, to znaczy na szczurach, u których sztucznie wywołano taki stan, testuje się leki antydepresyjne. Jeśli wciąż karzecie dziecko, a ono nie zmienia swojego zachowania, może być tak, że już zobojętniało, i wydaje mu się że tak czy inaczej będzie ukarane. Jeśli zbierze się w sobie i spróbuje uniknąć kary – to niekoniecznie w sposób, który się wam spodoba. Kary mają poważne skutki uboczne, ale nie tłumaczy się tego ani pedagogom, ani rodzicom, i gdy tacy trafią na dziecko, które mimo kar zachowuje się źle, po prostu karzą je dalej, bo widocznie pierwsza kara nie była dość dotkliwa.
      Chociaż tłumaczono mi, w jaki sposób przykrości które mnie spotykają są konsekwencjami moich zachowań, w istocie było tego tak dużo, że dla dziecka to jak „jesteś zła więc spotykają cię takie rzeczy”. Z jakiegoś powodu chociaż ja czułam się słaba, bezsilna i wyczerpana, dorośli uważali to chyba za jakąś walkę, jakąś próbę sił, próbowali mnie „złamać”. Autorka tekstu ma rację: zmuszając kogoś do czegoś sprawi się, że to znienawidzi, a nagradzając sprawi się, że będzie daną rzecz robił niechętnie i w celu zdobycia zewnętrznej nagrody.
      Behawioralne metody czasem są konieczne, ale ludzie używają ich po prostu w nienaukowy, nieprzemyślany sposób. Kara staje się wymierna do tego jak bardzo rodzic czy nauczyciel jest niezadowolony, nagroda staje się wyznacznikiem jego satysfakcji – a powinna być dobrana według tego, by wzmocnić lub wygasić dane zachowanie u dziecka. Przy tym mądrale zalecający takie behawioralne rozwiązania nie biorą zwykle pod uwagę, że NIE DA SIĘ być w tym stuprocentowo konsekwentnym. Po prostu się nie da, zresztą taki poziom kontroli byłby chory. Stuprocentowo konsekwentne są klatki Skinnera dla szczurów. Rodzice ani nauczyciele konsekwentni nie są i nie będą dopóki jakiś psychopata nie zastąpi ich robotami. Za przeproszeniem jeśli 90% ludzi nie potrafi bez odpowiedniego przeszkolenia wytresować psa za pomocą nagród i kar (lub tylko nagród/braku nagrody, lub tylko kar/braku kary) i to jeszcze tak, by pies słuchał również wtedy gdy nie ma na sobie kolczatki/nie widzi saszetki z przysmakami/nie jest na smyczy, to nie mam pojęcia dlaczego stosowanie nagród i kar w wychowaniu miałoby być czymś, co potrafi każdy! Wiele rzeczy dotyczących opieki nad dzieckiem i jego wychowania może być instynktownych, ale to, co można uznać za instynktowne karanie to raczej rozładowywanie własnej agresji.

  4. We fragmencie o „Surowych rodzicach” brakuje mi słówka „niektórzy” – byłam zszokowana rodzina zmuszającą do praktyk religijnych.
    No i kisiel owsiany to jest tradycyjna wschodnia potrawa wigilijna, wcale nie jest wstrętny tylko smakuje jak budyń ;)

    I tak – bez kar i nagród nie jest łatwiej, ale jest szczerzej i prawdziwiej. W rodzinie buduje się tak relacje, a nie układy handlowe. A to dla mnie najważniejsze.

  5. Jesteśmy wraz z mężem parą ojców zastępczych, od ośmiu lat. Matka powierzyła nam dziecko według tak prostej i oczywistej zasady, że nawet jej nie musiała formułować: żadnych kar w wychowaniu.
    Nie mam na myśli kar cielesnych (bo bicie to nawet nie kara, tylko krzywdzenie!), ale wszelkie kary typu przymuszenie do wykonania nieprzyjemnej lub przykrej rzeczy, dołożenie obowiązków, zakazanie czegoś ulubionego itepe. Jeżelibym zastosował wobec dziecka jakąkolwiek karę, to dziecka więcej nie zobaczę. Nagród również nie stosuję, artykuł wyraził jasno, że w wychowaniu to niewiele pomaga.

    Uważam, że dla dziecka wystarczającą „karą” jest, jeśli widzi rodzica zasmuconego, albo widzi zmarszczone brwi i słyszy niezamierzanie podniesiony głos, a nagrodą jest radość z zauważonych i docenionych przez innych wyników pracy, nie potrzeba wymyślać i stosować nic więcej. A już metodyczne stosowanie kar i nagród według jakiejś dawno temu określonej siatki, to jest antywychowawcze – nawet jeśli rzekomo omówione z dzieckiem, szczególnie, jeśli się ma kilkoro dzieci o różnej osobowości.

    Owszem, pracy mam więcej, niż ci, co wychowują własne dzieci, które że tak powiem dostali od losu bezwarunkowo i nikt ich nie rozlicza, ale warto.

    Nie wlepiam żadnego linka, żeby nie zaśmiecać, ale jeśli kogoś interesuje nasza tęczowa rodzina, polecam się na FB – tam znajdziecie linki do filmów na YT i do blogów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *